czwartek, 22 lutego 2018

Auuuuuuuuuuuuuuu!!!!!!!!

W "Salamandrze" można przeczytać dzieciom (albo z dziećmi) fajną opowieść Magdy o wilkach: "Rodzinny jak wilk". A ja domalowałam obrazek :)

Lubię go :)

Pocieszam się: wciąż prowadzę nierówną walkę ze sprzętem i samej chce mi się wyć......

wtorek, 20 lutego 2018

Pomocy!

Błagam......

Albo jestem niedojdą technologiczną, albo producenci robią wszystko żeby utruć życie klientom: walczę z nową maszyną - czy ktoś może mi pomóc? Czy istnieje jakiś dobry bóg, sprawujący opiekę nad biednymi idiotami przegrywającymi w wyścigu ewolucyjnym? Bo ja nie nadążam.........

W przypływie czarnej rozpaczy zaczęłam robić porządki i znalazłam dwa wiekopomne dzieła, doskonale obrazujące stan mojego umysłu i ducha.

Pamiętacie to straszne uczucie, kiedy rusza karuzela łańcuchowa? Dźwięczą żelastwa, żołądek przykleja się do kręgosłupa, posiłek grozi retrospekcją, a w głowie zamiast mózgu bełta się jajko na miękko? No, to tak się czuję:



Potem to przykre uczucie mija, ale zastępuje je inne - o, takie:



Właśnie tak! Zamieniam się we wściekły huragan: huragan Kathrina.

Niestety, zaczęłam w tym stanie robić porządek w pracowni:

I, kurczęblade, znowu siedzę na gigantycznej łańcuchowej, a żołądek owija mi się wokół kręgosłupa..............

Pomocy..................

niedziela, 18 lutego 2018

Przynudzam

Czekam.

Czekam na kuriera, który ma przywieźć moją nową maszynę do pracy. Stara się lekko popsuła i po czterech miesiącach przepychania się z ubezpieczalnią (wykupiłam "Gwarancję Beztroski" - nie polecam, bo czego jak czego, ale beztroski, to to na pewno nie gwarantuje) uciułałam na nową. Zanim naprawię starą............. Płakać mi się chce.

Więc tak siedzę i czekam. I już przestałam spać. 

Czekając, smaruję na karteluszkach wzory, kolory, zapisuję pomysły i czasem, kiedy schną farby, tęsknię sobie. Za wiosną, za młodymi listeczkami wybuchającymi z pąków, za ptasim wrzaskiem o czwartej rano. Zaraz to wszystko wróci: co noc słyszę przelatujące kaczki i gęsi, a znad poligonu przylatują żurawie i nawołują się skrzypliwie. 

Tęsknię za Babcią. Za codziennymi spacerami po Ogrodzie Saskim i targiem na Podzamczu. Rano maszerowałyśmy po zakupy: Babcia chodziła między stosami cebuli, ziemniaków, marchwi i grzybów. I wybierała. Według sobie tylko wiadomych kryteriów. Dotykała, wąchała, marszczyła nos nad każdą truskawką, kapustą, pęczkiem koperku. Potem wracałyśmy do domu, Babcia wstawiała zupę, zagniatała makaron albo robiła pierogi. Z kapustą i grzybami specjalnie dla mnie, a z mięsem dla Dziadka Tadeusza. 

Potem Zofia ubierała się ładnie - w niebieską albo czerwoną sukienkę. A ja żądałam kokardy! Kokardę robił szyfonowy szal. Obowiązkowo niebieski. Należało ściągnąć włosy na czubku głowy w cienki ogonek, a potem zawiązać wstęgę przejrzystego materiału w gigantycznego, błękitnego motyla. Od tego ściągnięcia robiły mi się skośne oczy :D 

Wychodziłyśmy z domu i maszerowałyśmy Krakowskim Przedmieściem (zaliczałyśmy wszyściutkie wystawy :D) do Ogrodu Saskiego. Babcia niosła ogromną torbę, w której było jedzenie dla mnie. Torba była w paski i zawierała  (w zależności od pory roku) gigantyczną butlę soku z marchwi, który Babcia wyciskała przez gazę albo słój Wecka wypchany startymi rzodkiewkami ze śmietanką. Albo słój truskawek z cukrem. Albo olbrzymie słodkie jabłka i malutki, zielony nożyk do ich obierania.

Był też wielki bochen pachnącego ciepłego chleba, z którego ukradkiem ogryzałam skórkę kiedy Babcia, siedząc na parkowej ławce, plotkowała z innymi paniami. Czasem (nawet bardzo często) bochenkowi towarzyszyły wafle kupowane w tej samej piekarni co chleb. Siadałam obok rozgadanych pań i ze smakiem pożerałam trzeszczące i siejące okruchami kwadraty. Zlatywały się niebiesko-siwe gołębie i szare wróble w brązowych czapeczkach. A czasem, z koron ogromnych, cienistych drzew, złaziły wiewiórki. Niektóre były tak przyzwyczajone do ludzi, że mogłam podawać im kawałeczki jabłek z ręki .

Najpiękniej było wiosną: cały park tonął w bladozielonej mgiełce młodziutkich listków. Buki, graby, wiązy, kasztanowce, akacje - wszystkie drzewa niemal jednego dnia wybuchały zielenią. Szłyśmy sobie pomalutku, a w brzuchu chlupał mi sok z marchwi :D Słońce pełzało po parkowych ścieżkach, rzucało blaski na trawę i pnie, osuszało spoconą od biegania, jak kot z pęcherzem, buzię. No właśnie: spacer kończył się wtedy kiedy pęcherz przypominał, że wypiłam morze soku :D Wtedy biegłyśmy: Babcia z wielką torbą, lżejszą o to co musiałam zjeść i wypić, a za Babcią pełen pęcherz i ja z kokardą, która już dawno przestawała przypominać błękitnego motyla, za to powiewała za mną smętnie jak flaga oznaczająca kapitulację :D 

Dobrze, że po przeciwnej stronie parku mieszkała Ciotka Maryśka :D

poniedziałek, 12 lutego 2018

Herkules potrzebny od zaraz

No, bo tak. Zrobiła mi się z pracowni stajnia Augiasza. 

Nie. Nie żeby tak zaraz koński nawóz wszędzie. Wcale nie. Po prostu: dużo pracowałam, trochę zabałaganiłam, zostawiłam, zapuściłam i zalęgło mi się .....Licho. Malutkie. Całkiem tyciusie. W dodatku sztukę mimikry opanowało do perfekcji - przypomina niewielki, szarobrązowy kłębek kurzu. 

Kiedy próbowałam je nakryć na szaleńczych harcach, błyskawicznie otwierając drzwi pokoju, natychmiast chowało się pod papier albo w ciemnym kącie. Albo pod jakimiś gratami. Raz udało mi się je nawet złapać za ogon, ale jest zbrojne w komplet bardzo ostrych (choć malutkich) pazurów i garnitur zębów - podrapało mnie trochę. Nie jest szczególnie drapieżne: głównie żywi się kurzem, który udaje. Czasem tylko złapie jakiegoś rybika albo mola. A ulubione pożywienie, to papier. Duuuuuużo papieru. Najlepiej takiego zamalowanego kredkami albo farbami. Szczególnie lubi kobalty i czernie.

Moje Licho jest nawet miłe, tylko mogłoby nie robić takiego chaosu. Przyjdzie dzień, że będę je musiała wyprosić z pracowni. Ucieknie przed odkurzaczem i znowu zamieszka w piwnicy albo pod kuchennym kredensem.

Udało mi się zrobić mu całkiem udany portret telefonem: syczało, wyrywało się, kąsało, ale zrobiłam. Nie mam sumienia zamknąć go w klatce - niech sobie czasem pohula po domu ;) Przywykłam, że czasem robi mi kipisz w kątach ;D Biedne, po prostu nie umie inaczej.


A to powód, dla którego muszę pogonić Licho z odkurzaczem:


Przyjrzałam się dokładniej: okazuje się, że Licho przyprowadziło krewnych i znajomych :D

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Poradnik przetrwania

Mówiąc ściśle: przetrwania Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. 

Aby przetrwać należy uzbroić się w: papier, kredki, pisaki, farbki. Pomocne okazać się mogą także chusteczki jakiekolwiekbądź, gazety jakiekolwiekbądź (sprawdzić czy przeczytane, bo nie będą się nadawać do czytania) oraz okulary (w pewnym wieku mogą okazać się konieczne). Przyda się także zdrowy apetyt (to taki milusi eufemizm - nazywajmy rzeczy po imieniu: łakomstwo), zdrowa wątroba i pojemny żołądek.

Należy zasiąść do stołu w wesołym towarzystwie i spożyć: tymbaliki z krewetką, sałatkę śledziową, kapustkę z grzybami, barszczyk z uszkami (lub fasolą), roladę z łososia, śledziki Babci Basi, śledziki Dziadków Kazików. Popuścić pasa (niekoniecznie, jeśli doświadczenia ubiegłoroczne nakazały wdziać kieckę luźną w okolicy pasa) i kontynuować spożywanie: rybki po grecku, wędzonego jesiotra, zupy grzybowej z paluszkami itd. 

Teraz należy udać się do kuchni i zaoferować pomoc w zmywaniu garów, a następnie z pokorą przyjąć nakaz opuszczenia w trybie pilnym wspomnianego przybytku. Poplątać się trochę, poudawać, że robi się coś pożytecznego i sprawdzić..... plamy z barszczyku. Są nadzwyczaj inspirujące.

Wspomniane plamy zazwyczaj powstają przypadkowo i mimowolnie, jednak nie zachęcam do przerabiania pisakiem żadnej (nawet najbardziej interesującej) w wiekopomne dzieło, gdyż wspomniana próba może nie spotkać się ze zrozumieniem Gospodyni (nawet najbardziej wyrozumiałej). Poza tym nawet najbardziej odkrywcze, wdzięczne i wspaniałe dzieło powstałe na obrusie nie wytrzyma konfrontacji z proszkiem do prania i wybielaczem.

Następnie trzeba znaleźć ustronny kącik: wystarczająco obszerny żeby pomieścić rozłożoną gazetę i rozłożone łokcie. Teraz rozłożyć papier i śmiało wykonać na nim plamę (lub kilka). Jakąkolwiekbądź. Czymkolwiekbądź. A potem rozkręcić się i dobrze się bawić.

Ta plama była pierwsza. Kompletnie nad nią nie panowałam. Ale może dlatego lubię ją bardzo? Trzeba kliknąć w obrazek - wtedy widać mnie :D



To była kolejna plama, a właściwie plamozbiór - bardzo nieśmiała. W dodatku wylałam niechcący wodę, ale to w sumie wyszło plamie na dobre.



Potem dobiłam się pierogami z kapustą - były przepyszne, poczułam się błogo i wspomniałam pierogi mojej Babci. Jak wspomniałam, to przypomniała mi się moja Mama w obcisłych sweterkach, szwedach i przeboje "2+1" - i kolejna plama dostała skrzyżowanie Hendrixa z Niemenem.



Następnie pobiegałam wokół stołu żeby ubić trochę zawartość żołądka, bo były jeszcze pierogi z grzybami. Grzyby robią fatalnie na wątrobę, za to świetnie na humor i inwencję - jedzcie grzybki ;D



Potem przyszedł czas na makowiec, piernik, sernik.....................  To ten mak......... :D



Potem przyszła pora na trawienie w, niczym nienaruszonym, spokoju. Znowu coś spaskudziłam, potarłam całkiem niepotrzebnie i się wkurzyłam, bo zepsułam obiecującą plamę. Ale po nalewce malinowej się z nią przeprosiłam. Teraz bryka na papierowej prerii.



A następna plama była znakiem, że należy ułożyć znękany żołądek wraz wątrobą na spoczynek. W końcu następnego dnia też miały być Święta :DDDDD


Wiecie co? Święta miałam ŚWIĘTNE!!!!! :DDDDD


P.s.: Wybaczcie mi jakość - nie chciało mi się skanować, bo to długo trwa, więc pstryknęłam telefonem.

środa, 24 stycznia 2018

Całkiem nowe farbki...

...kupiłam sobie.

36 kolorów! Pięknych jak nie wiem co! 

No, wiem: farbki jak farbki - nie ma się czym podniecać. Ale miło jest mieć takie nowiutkie, nieskalane i pachnące. Tyle, że w tym zestawie są jeszcze dwie złote i srebrna. Niby miałam już takie metaliczne, ale te są wyjątkowe: jak się nimi maluje, to widać jak żyją, poruszają się, a drobniutkie ziarenka miki (chyba miki - nie wiem z czego się to robi?) przepływają z miejsca w miejsce z każdym pociągnięciem pędzla. Wiem, że tak jest, bo zaczęłam używać okularów i widzę :D

No więc, jak widać, nieskalane nie pozostały te farbki za długo. Zwłaszcza, że Książę Małżonek pozwolił mi zagarnąć arkusz czarnego papieru, który już nie nadawał się do zdjęć. Ale mogłam z niego wygospodarować całe mnóstwo małych karteczek. I nie mogłam się powstrzymać: zrobiłam sobie kilka dni temu przerwę w pracy i w tej przerwie (uczę się je robić) naruszyłam dziewiczość farb :D


Nie ma w tym roku przyzwoitej zimy: takiej z trzaskającym mrozem, śniegiem po kolana i głodnymi gośćmi wokół karmnika. Mówiąc prawdę jest tak wstrętnie, że nawet koty więcej siedzą w domu niż na dworze. Śnieg pojawia się na moment, ale zaraz topnieje i jest jeszcze paskudniej niż było. I z tego wszystkiego zaczęłam już strasznie tęsknić za wiosną, za kwitnącymi gałązkami pełnymi owadów, za słowikami w bielusieńkich krzakach tarniny. I mam nadzieję, że jeszcze w tym roku kolczaste chaszcze nie będą przeszkadzać żadnemu Nemrodowi z koparką i planem zagospodarowania przestrzennego. Niestety: pachnąca tarnina z rozśpiewanym słowikiem przegrywają konkurencję z zapachem i brzękiem kasy. Chyba będę musiała posadzić kilka krzewów w swoim ogródku :)

wtorek, 23 stycznia 2018

Tak sobie marudzę

Zmęczyłam się.

Zrobiłam sobie przerwę w pracy: smarowałam na świstku, na którym wcześniej sprawdzałam kolory farb. Mazałam i mazałam - fajnie było. Znikąd wylazł szary zając. Siedział i czekał.

Czasem zające spotykałam łażąc skrajem poligonu, niedaleko naszego domu. Na wiosnę urządzały sparringi, a latem przemykały z szelestem, niewidoczne, schowane w wysokiej trawie, rosnącej u stóp olbrzymich topól. Od wczesnej wiosny słychać było stamtąd szalone ptasie popisy, a w maju, w topolowych koronach, wilgi wyśpiewywały jak oszalałe. Masy srebrzystych listków szumiały jakby biły im brawa i błyskały, rzucając na piaszczystą drogę świetlne "zajączki". 

Zając na skrawku papieru czekał aż ruszę odwłok z krzesła i wyjdę z domu. Wyszłam. Strasznie dawno nie wychodziłam. Podreptałam zwykłą drogą, wylazłam na górkę i zaklęłam brzydko: śliczne, szumiące topole zniknęły - wycięto je! Zostały pojedyncze smętne kikuty. I tak mi teraz źle i przykro.

Mam nadzieję, że jednak będę jeszcze słyszeć wilgi, a czasem spotkam walczące zające. I że ptasi drobiazg nie obrazi się na zawsze i jednak będzie mi robił pobudkę o trzeciej nad ranem.

Mówią, że nadzieja matką głupich, ale każda matka kocha swoje dzieci :)


No to zostawiam tu tego czekającego zająca. Niech wygląda wiosny.